Izrael – dziennik wyprawy – dzień 5

Pierwotnie duża część tego wpisu powstała na lotnisku w Luksemburgu… to było we wrześniu. Jak wiemy dobry tekst musi nabrać mocy, więc wracamy w listopadzie.. a w zasadzie prawie grudniu z ostatnią częścią przygód z Izraela. Także proszę odpalić browarka, zaparzyć herbatę, przygotować kawę i zapraszam do lektury!

Plan na ostatni dzień był dość prosty i podyktowany naszym wylotem z Tel Awiwu. Pobudka, jedzenie, auto, potem niecałe 2h samochodem i jesteśmy na lotnisku. Następnie tylko złapać ostatnie promienie słońca i 19 stopniowego upału, wsiąść w samolot i wylądować w pięknym Gdańsku, który przywitał nas temperaturą minus 14 stopni. Co może się nie udać?

W zasadzie udało się wszystko, ponieważ zgodnie z planem uniknęliśmy jedynej izraelskiej płatnej autostrady (opłata pobierana na podstawie fotografii tablic i przesyłana do właściciela, a firmy wypożyczające auto przerzucają te opłaty plus dodają miły dodatek „manipulacyjny”., totalnie nie opłacalne!), następnie prawie udało nam się nie zabłądzić przy zjeździe na lotnisko, ale rundka honorowa wokół była też całkiem przyjemna i zabawna, a co najlepsze jako, że prowadziliśmy kolumnę, więc chłopaki z drugiego auta pojechali za nami obejrzeć drogę raz jeszcze! Tankowanie, odstawienie auta do wypożyczalni, chwila pogaduszek i nawet dostaliśmy busa, który podrzucił nas z wypożyczalni pod sam terminal, wypas, nie?

Przejdźmy do najciekawszego momentu, czyli sławnej kontroli na izraelskich lotniskach. Plan był prosty, wiedzieliśmy, że na kontrole wybierane są częściej grupy niż samotni pasażerowie więc postanowiliśmy podzielić się na takie same ekipy jakimi podróżowaliśmy samochodami. Przecież co może się nie udać?

Na pierwszą kontrolę załapaliśmy praktycznie po wejściu na lotnisko, gdzie na przejrzenie bagażu i krótką pogadankę zatrzymał nas miły pan ochroniarz. Pytania w stylu „skąd?”, „dokąd?”, „z kim?”, „po co tu przyjechałeś?”, „czy masz broń?”, „a może inne materiały wybuchowe?” Nie? Szkoda! Hmm, pewnie chciał odkupić. Oczywiście szybkie sprawdzenie bagażu czteroosobowej ekipy i po 15 minutach byliśmy wolni i mogliśmy ruszyć przed siebie.. jak się okazało na kolejne kontrole.

Kolejka do security check wyglądała tak, że na początku była nasza czteroosobowa ekipa młodzików z pierwszego auta, kolejne osoby i ekipa starszaków. Czyli wszystko po myśli… do czasu.

Z ekipy młodzików pierwszy został wywołany Lebek, który po 3 minutach wywiadu obrócił się w stronę reszty ludzi po czym krzyknął: „Ziobro, podnieś rękę!”. I tak z dwóch ekip zrobiła się jedna.
Mimo naszych obaw okazało się, że nie ma to zbytnich konsekwencji, ponieważ procedura była taka sama, czyli odpytanie każdego tym samym zestawem pytań, dodatkowa seria skąd się znamy i w sumie możemy iść dalej.

Kolejnym dość ciekawym punktem było przejście przez bramki, które skanowały paszport i porównywały zdjęcie z paszportu z obrazem z kamery. Chyba jestem dość podobny, bo udało mi się przejść ten etap bez problemu, jednak niektórzy zmuszeni byli podejść do okienka i zostać sprawdzeni przez pracowników ochrony.

Lotniskowe znajomości i ładowanie telefonów.

Gdy już przeszliśmy przez wszystkie punkty kontrolne, odczekaliśmy w sali odlotów dłuższa chwilę nawiązując lotniskowe znajomości mogliśmy udać się do naszego wyjścia. Tam mieliśmy kilka minut przed ruszeniem autobusu do samolotu, kiedy udało się złapać ostatnie izraelskie ciepło by kilka godzin później w mrozie wysiadać na lotnisku w Gdańsku.

Jeśli nosicie się z zamiarem spędzenia naszych zimowych mrozów w ciepłym miejscu to Izrael jest doskonałym wyborem, który z całą pewnością mogę polecić. Jeśli macie jakieś pytania albo przemyślenia z swoich podróży zachęcam do komentowania 🙂