Zimowy Szpindel 2019

Pierwszym wyjazdem roku 2019 okazał się być tygodniowy wypad na snowboard do naszych południowych sąsiadów, czyli Czechów, a konkretnie do ośrodka zwanego Szpindlerowym Młynem. Z racji położenia przy granicy i w niedużej odległości od Wrocławia spodziewałem się dużej ilości ludzi i tłoku przy wyciągach, co spełniło się, ale tylko częściowo.

Ośrodek tak na prawdę składa się z trzech dużych stoków, czyli Hromovki, Świętego Piotra i Medvedina, do tego kilka pomniejszych i mamy zawrotne 36 kilometrów tras do dyspozycji, w większości o poziomie trudności w kolorze czerwonym, ale znajdą się nawet dwie trasy czarne.

Krakonoš, czyli Dziad Karkonosz, Pan Gór

Na pierwszy dzień sprawdziliśmy Hromovkę i Świętego Piotra, które sa ze sobą połączone. Przeważają tutaj trasy czerwone, które miejscami są dość strome i wymagają już jakichś umiejętności. Ze względu na ich położenie po południowej stronie góry światło słoneczne znika nam dość szybko i przez dłuższy czas jeździmy jednak w cieniu. Jeden zjazd zajmuje około 10 minut, kolejne 10-15 minut trzeba spędzić w kolejce do wyciągu i kolejne 10 żeby wjechać na górę. Wyciąg przy Świętym Piotrze był bardziej oblegany, więc dużą część dnia spędziliśmy na Hromovce. Oba wyciągi to krzesła, z czego jedno (chyba te na Piotrze) ma osłony od wiatru. Atutem Hromovki jest również to, że jest to stok nocny, czyli można pośmigać w godzinach 18 do 21 przy sztucznym świetle.

Hromovka nocą, widok spod pensjonatu, gdzie mieszkaliśmy.

Kolejne dni naszych śnieżnych zmagań spędziliśmy już na Medvedinie ze względu na nasłonecznienie i trochę dłuższe trasy. Tutaj z kolei mamy dwa główne wyciągi krzesełkowe, które nie mają osłon od wiatru, więc ostatniego dnia gdy było dość wietrznie dawało nam to w kość. Do tego przy niebieskich trasach są orczyki, no i mamy do dyspozycji mały snowpark z kilkoma boxami i hopkami. Stoki są szersze niż na Hromovce, jednak mamy też kilka leśnych tras, gdzie jedziemy po trasie szerokiej na 6-7 metrów. Podczas pogodnych dni kolejki na wyciągi kształtowały się w granicach do 10 minut przy Horni Misecki do nawet 20 minut przy wjeździe od strony miasta, jednak ostatniego dnia gdy pogoda trochę się popsuła, słońce zaszło i pojawił się wiaterek kolejki skróciły się diametralnie i czasami można było wjechać dosłownie na krzesło.

A jak wygląda to cenowo? Pojedynczy wjazd na Medvedin kosztuje około 10 EUR, jednodniowy karnet to koszt 32 EUR, tygodniowy to koszt 170 RUR, chociaż warto polować na promocje, bo mi udało się kupić jednodniowe karnety w cenie po 15 EUR. Karnet na jazdy nocne to koszt 18 EUR. Jeśli chcemy coś zjeść na stoku, to warto mieć przy sobie gotówkę, bo nie wszędzie można zapłacić kartą. Gulasz to koszt 3.1 EUR, jeśli mamy kartę GoPass to 2.6 EUR, piwo kosztuje w okolicach 2.3 EUR, natomiast kieliszek Jagermeistera z kartą GoPass to wydatek rzędu 1.10 EUR. Pomijam kwestie mieszkania, bo wyszłoby tu dziwne rozliczenie, ale jeśli szukamy pokoju dwuosobowego na tydzień potrzebujemy przygotować około 350-400 EUR.

Malowniczy Medvedin.

Uważny czytelnik spyta cóż to takiego karta GoPass, więc śpieszę z odpowiedzią. Jest to nic innego jak SkiPass, który można sobie zamówić przez internet i nawet przesyłają go do domu, mój przyszedł dosłownie dzień przed wyjazdem, a zamówiłem go 3 tygodnie wcześniej. Za wydane korony na skipass dostajemy punkty, którymi właśnie opłacamy zniżki w restauracjach na stoku. Fajne jest to, że karta działa nie tylko w Szpindlu ale w szeregu innych ośrodków w Czechach, na Słowacji i w Polsce, dzięki czemu nie musimy co ośrodek zmieniać karty. Interfejs webowy do obsługi jest trochę toporny i wymaga chwili przyzwyczajenia, a plusem jest to, że dostajemy tam też historie naszych wjazdów i szacowaną ilość przejechanych kilometrów.

Czerwona trasa na Medvedinie

W mieście znajdziemy wszystko to, czego spodziewamy się zastać w ośrodku narciarskim, czyli kilka restauracji, wypożyczalni sprzętu i sklepów z akcesoriami i sprzętem zimowym. Niewątpliwym plusem jest to, że jest tam też Aquapark, lodowisko oraz kilka tras do nart biegowych.

Podsumowując, mimo kolejek, mniejszej ilości tras, które są krótsze w tydzień udało mi się wyjeździć ponad 90 km w ponad 45 zjazdach, na stoku spędziłem w okolicach 6h. Porównując to do ostatnich Alp miałem tam przejechane ponad 120 km w ponad 40 zjazdach, a łączny czas na stoku wynosił ponad 11h. Wybierając Czechy musimy się jednak nastawić, że poziom osób na stoku jest trochę niższy, ze względu na mało tras mamy też dużo osób uczących się no i kolejki na wyciągi są zdecydowanie większe. Jednak oszczędzamy na dojeździe, bo z Warszawy podróż zajęła mi w okolicach 6h, natomiast Alpy to czas rzędu 20h. Myślę, że jest to dość fajna opcja na wyjazd rodzinny, jednak jeśli chcemy więcej poszusować, to dalsze wyjazdy wygrywają. Pełne porównanie będę mógł zrobić w marcu po powrocie z Les Syllabes.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *