Islandia – podręcznik do geografii – dzień 1

Tytuł wpisu idealnie oddaje to co możemy zobaczyć odwiedzając krainę Lodu i Ognia, jak potocznie nazywana jest Islandia. Przeglądając za dzieciaka podręczniki od geografii zawsze chwilę dłużej zatrzymywałem się na zdjęciach wodospadów, lodowców, gejzerów i wulkanów… a tam wszystko jest na żywo!

Ale zacznijmy od początku! Na miejscu wylądowaliśmy późnym wieczorem w piątek. I już podczas lądowania było czuć, że jest wietrznie, bo bujało niczym w kolejce górskiej, a podczas podróży z lotniska do domu, w którym mieliśmy nocować wiatr po prostu przesunął samochód przed nami na boczny pas, także od razu było wiadomo na co będzie trzeba uważać podczas podróży po wyspie. Po dotarciu do miejsca noclegu udało nam się szybko zapoznać z właścicielem mieszkania i odwiedzić pobliski sklep 24h celem zakupienia prowiantu. Okazało się też, że prawie pod domem mamy stację benzynową, więc logistykę mieliśmy zabezpieczoną.

Widok na ocean z ulicy, przy której mieliśmy nocleg.

W sobotę jak pojawiło się trochę słońca okazało się, że nasze mieszkanie jest prawie przy samym oceanie, więc udaliśmy się na szybki rekonesans okolicy, a potem ruszyliśmy na Golden Circle. I tutaj na trasie pojawiła się pierwsza ciekawostka. Zasady pierwszeństwa na rondach – są zupełnie odwrotne niż w Polsce. Mianowicie, pierwszeństwo ma ten, kto jest na rondzie i jest na wewnętrznym pasie. Także chwilę zajęło mi przestawienie się, ale po kilkuset kilometrach nie sprawiało to problemu.

Podczas podróży pierwszego dnia, jak i w zasadzie podczas całego wyjazdu zrozumieliśmy co znaczy, że pogoda jest zmienna. Jeśli przeszkadza Ci, że aktualnie pada deszcz, poczekaj 15 minut, pogoda na pewno się zmieni. A żeby nie było, że rzucam słowa na wiatr, mam dwa zdjęcia tego samego miejsca, wykonane w przeciągu 15 minut.

Þingvallavatn – z trasy

Był to nasz pierwszy postój – punkt widokowy przy jeziorze Þingvallavatn w parku narodowym Þingvellir.

Þingvallavatn – 15 minut później.

Po standardowym postoju na kilka zdjęć ruszyliśmy dalej… w deszczu. Kolejnym przystankiem na naszej trasie były gejzery. I tutaj zaczął nam się poprawiać humor, bo nie dość, że od razu po przyjeździe udało nam się trafić na wybuch Strokkura – największego czynnego gejzeru na Islandii to pogoda również zaczynała się polepszać.

Widok na większość pola geoteramlnego z wybuchającym Stokkurem.

W okolicy gejzerów jest świetny punkt widokowy, na którym widać prawie wszystkie większe gejzery, w tym najstarszy i najbardziej znany – Geysir. – od którego podobno nazwę wzięły wszystkie gejzery.

Kolejnym punktem pierwszego dnia były wodospady. A konkretnie jeden.. i to dość duży, co prawda nie największy, ale ze względu na swoje położenie i wygląd według mnie najfajniejszy. Mowa oczywiście o Złotym Wodospadzie, czyli Gullfoss.

Gullfoss – Złoty Wodospad

Kolejnym i ostatnim punktem na naszej było jezioro wulkaniczne Kerið. Była to jedyna atrakcja turystyczna, za wstęp do której trzeba było zapłacić, ale wbrew obiegowej opinii, że wszystko jest na wyspie drogie kosztowało nas to 3 Euro.

Jezioro wulkaniczne Kerið.

Jak widać na zdjęciu krater można obejść zarówno górą jak i dołem, a w przypadku zmęczenia odpocząć na ławeczce przy wodzie podziwiając zachodzące słońce.

Podczas pierwszego dnia pokonaliśmy około 290 km samochodem, a miał to być dopiero początek naszej przygody.

cdn.